Do Kresowej Osady w Baszni Dolnej trafiliśmy podczas naszego tegorocznego urlopu. Urzekła nas informacja zamieszczona na stronie internetowej restauracji, iż oto czeka weń na nas „Sezonowa kuchnia autorska, regionalna, kresowa”. Bajka! 

Dodatkowo, menu przygotowane zostało przez dwóch szefów: Andrzeja Węgieraka oraz Marcina Krupę. Pozytywne recenzje ich kuchni z poprzednich lat sprawiły, że z zaciekawieniem i wielkimi nadziejami zawitaliśmy w progi Kresowej Osady.

Zaparkowanie samochodu na parkingu przed wejściem do Kresowej Osady rozpoczęło serię rozczarowań, które narastały jak napięcie w filmach Hitchcocka.

Restauracja znajduje się na kliku hektarowym ogrodzonym terenie, który w zamyśle miał być chyba skansenem. Jest tam kilka starych wiejskich chat przed którymi stoją ścianki do zdjęć z dziurą na twarz, ceglany budynek z dachem z czerwonej dachówki inspirowany niemiecką architekturą obozową lat 1941- 1943, wielki namiot pełniący funkcję weselno-imprezowo okolicznościową oraz sam budynek restauracji będący nowo wybudowanym dworkiem ala Soplicowo.

Całości dopełniają plac zabaw dla Dżesik i Brajanów, dmuchane zjeżdżalnie i nieczynny sklepik z pamiątkami.

Myśl architektoniczna zagospodarowania terenu, powstała zapewne pod wpływem silnych środków halucynogennych lub jagodzianki na kościach.

Po wejściu do Dworu Małe Soplicowo (czyt. Kresowa Osada) przywitała nas olbrzymia pusta sala z dwoma zajętymi stolikami. Pierwszy przez smutnego pana pałaszującego olbrzymiego krwistego kotleta a drugi przez menagera siedzącego przed laptopem i tonącego w papierach.

Po zajęciu stolika, podeszła do nas bardzo sympatyczna młoda dziewczyna, która okazała się być kelnerką. Z zawodem tym nie miała nic wspólnego i była to osoba z przysłowiowej „łapanki” – widać właściciele czują jakiś sentyment nie tylko do niemieckiej architektury lat 40 stych ale i do stylu życia tamtych lat.   

Karty menu leżały na stole, kiedy już do niego zasiedliśmy, więc nie zdążyliśmy się jeszcze z nimi zapoznać, co spowodowało odmaszerowanie pani kelnerki.

Menu wyglądało naprawdę imponująco! Ponieważ nie jemy mięsa, sami zaskoczeni byliśmy ilością dań wegetariańskich w karcie.

Na przystawkę zjeść można było regionalne Proziaki z masłem czosnkowym i miodem lubaczowskim.

Z zup: Zupę Krem z Pokrzywy (na mięsie) , Barszcz Ukraiński (na mięsie) czy Krem z Batatów.

Jako dania główne w karcie znalazły się takie dania jak Gołąbki na sposób lwowski z tartych gotowanych ziemniaków, pieczone w śmietanie, serwowane z sosem cebulowym, Makaron tagliatelle w pesto z czosnku niedźwiedziego z kurkami smażonymi i szczypiorkiem. Dla mięsożerców polecana przez Szefów kuchni Golonka wieprzowa marynowana w piwie i miodzie lubaczowskim wolno pieczona w warzywach korzennych, Gołąbki z dziczyzną z dodatkiem sosu z suszonych prawdziwków i wędzonej śliwki zapiekane w piecu chlebowym.

W menu można było też znaleźć Szwaby, czyli pierogi szwabskie z tartych ziemniaków, faszerowane twarogiem i ziemniakami oraz okraszone skwarkami – tradycyjne danie kuchni niemieckiej.

Menu dla dzieci wyglądało standardowo więc były oczywiście filety drobiowe w panierce z frytkami, pomidorowa z makaronem, pierogi ruskie i naleśniki.

Pewnym zaskoczeniem było umieszczenie w karcie jako dania wegetariańskiego pstrąga, ale świadczy to tylko o kompletnej ignorancji i braku wiedzy osoby przygotowującej menu.

Nasz wybór padł zatem na Gołąbki na sposób lwowski, Krem z batatów oraz Tagliatelle w pesto z czosnku niedźwiedziego. Spośród napojów polecanych w menu takich jak kwas chlebowy biłgorajski, domowy kompot, Spritzer (białe wino, woda gaz, lód), lemoniada – wybraliśmy to ostatnie.

Po przyjęciu przez kelnerkę zamówienia i opuszczeniem restauracji przez smutnego pana, delektowaliśmy się dźwiękiem echa jakie odbijało się po sali po każdym z wypowiedzianym przez nas słowie.

W pewnym momencie okazało się, że nie będziemy jednak sami na salonach Soplicowa gdyż do restauracji wpadła zajmując miejsce przy dużym złączonym stole gromadka czterdzieściorga rozwrzeszczanych maluszków w identycznych żółtych koszulkach z napisem „Przedszkole Słoneczko”.

Od tego momentu nie tylko nie słyszeliśmy już echa, ale również samych siebie.

Po chwili, kelnerka przyniosła nam lemoniady. Ich twórca inspirował się chyba hasłem Melchiora Wańkowicza „Cukier Krzepi” ponieważ lemoniady poprzez swoją zawartość cukru w cukrze zwyczajnie nie nadawały się do wypicia – być może po odparowaniu stanowiłyby dobrą polewę lukrową na tort.

Przyszedł czas na dania główne, które jedliśmy z co 2-3 minutowymi przerwami na przybycie kelnerki i zadanie znamiennego pytania: „czy wszystko w porządku?” które po kilku chwilach zamieniło się na „może deser?”.

Ponieważ uwielbiam zupy krem, z przyjemnością zabrałam się za krem z batatów. Niestety. Smak był dramatyczny. Zupa była kompletnie nie doprawiona, płaska w smaku i podobnie jak lemoniada zbyt słodka.

Tarte gołąbki, na które skusił się Damian już po podaniu do stolika dosłownie zabijały zapachem maggi. Pomijam fakt, iż żaden, ale to żaden szanujący się szef kuchni, nigdy w życiu nie użyłby do potraw czystego glutaminianu sodu, którym jest maggi a tym bardziej nie pozwoliłby, aby stała ona na stolikach restauracji jako dodatkowa przyprawa w pojemniku na przyprawy. Maggi owszem, ale stosuje się w pierogarni „U Włady” czy w przybytkach typu Donner Kebab.

Poza tym gołąbki były mocno przesolone a kapusta z wierzchu miała kolor brunatny i była wysuszona na wiór poprzez proces nieustannego odgrzewania gołąbków.  

Nasz syn, jako fan wszelkiej maści makaronów z zachwytem powitał swoje danie które faktycznie było podane fantastycznie. Niestety, sposób podania nie poszedł w parze ze smakiem. Jak to skwitował 10 latek: „Makaron był obrzydliwy. To pesto to chyba nie było pesto z czosnku niedźwiedziego, bo nic nie było czuć, było za dużo soli i było wstrętne”

Za ową wątpliwą przyjemność zapłaciliśmy bagatela 97 zł…

Tylko dzieci z „Przedszkola Słoneczko” wyglądały na zadowolone. Kto nie lubi kurczaczka w panierce i frytek z głębokiej frytury…

W dwóch słowach: Never Again

@Copyright by Nina Bojarska